Tofu z kapustą stożkową
Zupa krem z czerwonej soczewicy z mlekiem kokosowym
Ziemniaki w majonezie
Buraki smażoneArtykuły
Wywiad z Martą Nitecką – Barche. Rocznik 1982. Weganka od 8 lat, wegetarianka od 10. Zaangażowana aktywistka walcząca w obronie praw zwierząt. Pochodzi z Warszawy, lecz obecnie mieszka w Szwecji – z mężem Filipem i 9-miesięcznym wege synkiem Einarem. Przez całą ciążę była na diecie wegańskiej. Odmówiła wszelkiej suplementacji (łącznie z żelazem). Ciąża przebiegała bez najmniejszych komplikacji, a poród zajął dzielnej Mamie niespełna 3 godziny. Einar urodził się w piątek rano, a w sobotę już po południu całą rodziną wszyscy byli razem w domu. Einar urodził się jako okaz zdrowia. Okazem zdrowia jest i zapewne pozostanie. Wspaniała historia – całym sercem polecam.

Zaczęłaś od wegetarianizmu, ale jesteś weganką od 8 lat. Opowiedz jak to się wszystko zaczęło? Jakie były początki i Twoje główne motywacje? Czy weganizm to etap przejściowy, by ewoluować np. w kierunku witarianizmu?
Zaczęło się od pomagania psom i kotom. Jeszcze w szkole podstawowej z moją mamą dokarmiałam bezdomne psy i koty. Kiedyś w szkole podstawowej wracając do domu zauważyłam biednego bernardyna, którym postanowiłam się zaopiekować. Przyprowadziłam go do domu. Zdziwienie mojego taty było wielkie, kiedy otworzył mi drzwi i zobaczył mnie z psem, który sięgał mi powyżej pasa. To było jedno z pierwszych zwierząt, któremu pomogłam. Po pewnym czasie przyszła refleksja, jeżeli pomagam psom i kotom, to jaka jest różnica między świniami i krowami, które zjadam. Pojawiły się wyrzuty sumienia i postanowiłam w tym momencie przejść na wegetarianizm. Jeżeli dalej jadłabym mięso tak samo mogłabym zjadać zwierzęta, którym pomagałam. Mój wegetarianizm wynika wyłącznie z empatii do zwierząt. Nigdy nie interesowały mnie względy zdrowotne i było mi wszystko jedno jak mój organizm to przyjmie. Wiedziałam, że dłużej mięsa jeść już nie mogę. Dwa lata później dojrzałam do weganizmu. Uświadomiłam sobie jak okrutna jest produkcja mleka i jaj. Podobnie jak z mięsem – odstawiłam nabiał z dnia na dzień. Dziś uważam, że gdybym jadła zwierzęta, równie dobrze mogłabym jeść ludzi, bo zabijanie to zabijanie. Nie widzę różnicy w odbieraniu życia zwierzęciu a człowiekowi. Nie planuję iść w stronę diety witariańskiej, dlatego, że weganizm jest OK. Nie wykorzystuje zwierząt, a jest to główny powód mojego weganizmu. Staram się, by w naszej diecie było jak najwięcej surowych i nieprzetworzonych produktów, bo są smaczne i zdrowe. Jednak witarianizm jako taki, nie jest moim celem. Obecnie bardziej skupiam się na kosmetykach pielęgnacyjnych, by jeszcze bardziej ograniczyć ilość konserwantów. Jak na razie brak mi jeszcze na to czasu, ale jestem zafascynowana ideą robienia sobie własnych kosmetyków w domu.
Czy kiedykolwiek miałaś jakieś problemy z uwagi na swoją dietę – zdrowotne, społeczne? Ciekawi mnie też reakcja Twoich rodziców. Jak oni to przyjęli?
Zdrowotnych problemów nigdy nie miałam. Na początku mojego wegetarianizmu moja mama bardzo przeżywała moją dietę, więc dla jej spokoju chciałam zrobić kontrolne badania. Poszłam do lekarza w towarzystwie mamy, aby nie miała wątpliwości, że te badania rzeczywiście robiłam. W gabinecie powiedziałam, że jestem wegetarianką i chcę zrobić kontrolne badania. Pani doktor otworzyła drzwi do poczekalni, aby wszyscy pacjenci słyszeli i zaczęła besztać moją mamę oraz mnie, mówiąc, że jestem głupia i nieodpowiedzialna gówniara, której się w głowie przewróciło, a moja mama najgorszym rodzicem, jakiego kiedykolwiek poznała, który nigdy nie powinien mieć dzieci, skoro pozwala na takie idiotyczne fanaberie. To było jedno z najgorszych moich doświadczeń! Mama również bardzo to przeżywała. Potem przez ponad 3 lata nie byłam u żadnego lekarza. Rodzice, mój wegetarianizm traktowali trochę jako młodzieńczy bunt i wierzyli, że z tego wyrosnę. Po kilku latach, kiedy jednak z tego nie wyrastałam, tata martwił się, że nigdy nie założę rodziny, bo zawsze jasno mówiłam, że nie zwiążę się z kimś, kto je mięso. Później oswoił się z faktem mojego weganizmu, a dziś jest dumnym dziadkiem.
Mieszkasz w Szwecji. Czy tam jest wielu wegan? Jaka jest świadomość Szwedów w tym zakresie?
W Szwecji mieszkam stosunkowo niedługo, od niespełna roku. Jest tutaj dosyć dużo wegan. Często na ulicach widoczne są plakaty pro zwierzęce. W Malmo jest jeden duży wegetariański sklep (Astrid och Aporna), który jest pełen wege produktów. Można tam kupić nawet wegańskie ryby, raki, krewetki. Poza tym wegańskie produkty są dostępne w prawie każdym większym markecie. Jest dużo wegetariańskich restauracji, z wieloma wegańskimi opcjami. Jest również pizzeria z wegańskimi pizzami. W prawie wszystkich restauracjach i barach w Malmo dostępne są wegetariańskie i wegańskie potrawy. Ludzie są dość otwarci i nawet w szpitalu po porodzie dostałam wegańskie wyżywienie. Nikt nie robi tu problemu z powodu wegańskiej diety. W Szwecji są dwie duże organizacje broniące praw zwierząt, wśród których wielu ludzi to weganie (Djurrattsalliansen, Djurens Ratt). Wydawana jest gazeta o prawach zwierząt i działalności pro zwierzęcej Djurens Rost. Przez pewien czas mieszkaliśmy z mężem w Danii, w Kopenhadze, lecz tam weganizm jest abstrakcją. Istnieje kilka małych eko sklepików, nastawionych na zdrową żywność, więc można tam też kupić tzw. eko mięso. Są również dostępne wege produkty, ale jest ich niewiele i są bardo drogie. Nawet w wegetariańskich restauracjach jest ciężko o wegański posiłek. Samych wegetariańskich restauracji jest tylko kilka. Aktywizm pro zwierzęcy prawie nie istnieje. Byłam tam na jednej z najgorszych demonstracji, w jakich w życiu uczestniczyłam.
Oboje z mężem jesteście weganami. Kto przygotowuje posiłki i jak wygląda Wasz jadłospis? Czy robicie kontrolne badania, zażywacie suplementy?
Posiłki na ogół przygotowujemy wspólnie, tzn. Filip przygotowuje pół produkty, a ja je doprawiam i gotuję lub piekę. Czasem jadamy na mieście, ale wybieramy tylko wegetariańskie restauracje. Staram się, aby nasza dieta była zdrowa. Jemy tylko ekologicznie nieprzetworzone produkty. Zamawiamy ekologiczne warzywa i owoce pakowane w skrzynkach z dostawą do domu, co przy małym dziecku jest szczególnie wygodne. Nie zażywamy żadnych suplementów. Ja nie wierzę w suplementację. Nawet w ciąży nie przyjmowałam żadnych suplementów. Unikamy chemii i konserwantów wszelkiego rodzaju. Używamy tylko kosmetyków nie testowanych na zwierzętach i jak najbardziej naturalnych. Wracając do jedzenia. Nie siedzę z tabelkami i nie sprawdzam wartości odżywczych danych produktów. Staram się, aby nasza dieta była bogata w zielonolistne warzywa, które łączę z sokiem z cytryny. Jemy warzywa, owoce, rośliny strączkowe, ziarna i produkty pełnoziarniste. Nie jesteśmy też fanatykami i więźniami własnej diety. Zdarza nam się zjeść wegańskie lody, bądź czekoladę. Bardzo lubię piec wegańskie ciasta i słodycze. Do badań nie przywiązujemy jakiejś wielkiej wagi. Ja ostatnio miałam robione badania w trakcie ciąży i po niej. I nawet bez suplementacji miałam wzorowe wyniki. Nie przyjmuję żelaza i nigdy nie miałam anemii, nawet w ciąży. Witaminę B12 czerpiemy z płatków drożdżowych. Witaminę D ze słońca. Einar od małego jest przyzwyczajony do słońca i nigdy nie był zakrywany kocem przed słońcem. Oczywiście wszystko to robimy w granicach rozsądku i nie dopuszczamy do poparzeń czy udarów słonecznych. Wierzymy w naturę, a nie w sztuczne tabletki. Einar przeszedł swoją pierwszą zimę bez żadnego przeziębienia.
Twój mąż Filip też jest weganem. Powiedz jak się poznaliście? To musiało być romantyczne. Czy oprócz miłości połączyła Was także dieta?

Pochodzę z Warszawy, ale przez kilka lat mieszkałam w małej turystycznej miejscowości na Mazurach. To tam były moje początki wegetarianizmu. W małych miejscowościach zazwyczaj jest trudniej, a przynajmniej kiedyś było. Ktoś, kto nie je mięsa jest dziwakiem, a dostęp do literatury i produktów wegetariańskich jest prawie żaden. Nie mówiąc już o aktywizmie pro zwierzęcym. Bardzo sie cieszyłam, kiedy rodzice podjęli decyzję o powrocie do Warszawy. Zaraz po przeprowadzce dowiedziałam się o Empatii. Bardzo chciałam coś robić w obronie zwierząt, więc zapisałam się do tej organizacji. Filip jest współzałożycielem Empatii i w tamtym czasie był inspektorem ds. zwierząt – zajmował się interwencjami. Poznaliśmy się więc w Empatii. Jeździliśmy razem do schroniska w Korabiewicach, gdzie pomagaliśmy przy zwierzętach. Poza tym byłam z Filipem na kilku interwencjach. I tak się to wszystko zaczęło. Potem wyjechaliśmy razem za granicę, gdzie wciąż byliśmy aktywni na rzecz praw zwierząt. Mamy na koncie setki demonstracji i interwencji. Angażowaliśmy się w różne akcje, m.in. odwiedzaliśmy sanktuarium dla zwierząt Sasha Farm w Michigan, USA. Tam również pomagaliśmy przy zwierzętach uratowanych głównie z rzeźni. Jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Jeśli raj istnieje to nazywa sie właśnie Sasha Farm. Człowiek po takiej wizycie jest pełen energii na dalszą walkę w obronie praw zwierząt. Chcemy tam pewnego dnia zabrać naszego syna Einara. Bardzo cenimy wszystkich aktywistów, których poznaliśmy w USA. To ludzie bezkompromisowi, oddani swojej idei, którzy wiedzą, że miłymi pogawędkami nic się nie zmieni. Nawet w miejskim autobusie zaczepiają kobiety w futrach i mówią im, że są mordercami. Są to ludzie, którzy wierzą w działania ALF (Animal Liberation Front).
Macie wspaniałego synka. Opowiedz nam więcej o tym, jak przebiegała Twoja ciąża i czy nie miałaś jakiś nacisków ze strony lekarzy dotyczących diety?
Część ciąży spędziłam w Danii, gdzie jak wspomniałam, weganizm jest zupełnie niezrozumiały. Po moich doświadczeniach z lekarzami postanowiłam fakt mojej diety zachować dla siebie. Robiłam wszystkie kontrolne badania i chodziłam na wyznaczone wizyty. Więc ciąża była pod kontrolą. W Szwecji i Danii ciążę prowadzi położna, a nie ginekolog. Kładzie się duży nacisk na naturalność ciąży i porodu. Przez całą ciążę miałam tylko dwa badania USG. Bardzo mi to odpowiadało, bo strasznie nie lubię badań, lekarzy, szpitali, itd. Nie jest łatwo tutaj o cesarskie cięcie i leki przeciwbólowe. Dla mnie było to ważne, bo chciałam rodzić naturalnie, bez żadnych leków. Całą ciążę starałam się być aktywna. Codziennie dużo chodziłam. W Danii mieszkaliśmy na 5 piętrze w budynku bez windy, więc dużo chodziłam po schodach. Przed ciążą starałam się regularnie biegać, choć nie zawsze mi to wychodziło. Czasem mieliśmy dni tak wypełnione demonstracjami, że nie miałam już sił na bieganie. Chodziliśmy na demonstracje, wege spotkania, warsztaty wyzwolenia zwierząt. W 7 miesiącu ciąży byliśmy w Ystad na jednej z najlepszych demonstracji, jakie widziałam. W 8 miesiącu przeprowadziliśmy się do Szwecji. 2 tygodnie przed porodem byliśmy na demonstracji w Lund. Demonstrowaliśmy pod firmą, która przeprowadza testy na zwierzętach. Moj poród odbył się w Szwecji i trwał tylko 3 godziny. Skurcze obudziły mnie w nocy i byłam przekonana, że jest to wstępna faza porodu, która może trwać nawet 12 godzin. W związku z tym nie wybierałam się do szpitala. Krążyłam sobie po domu, czekając na bóle nie do wytrzymania, które byłyby zwiastunem, że poród się naprawdę zaczął. Mniej więcej dwie godziny później Filip zmusił mnie, żeby iść do szpitala. W końcu ustąpiłam i stwierdziłam, że może jednak się przejdę. Bardziej dla jego spokoju. W połowie drogi poczułam, że spacer to chyba nie był najlepszy pomysł, bo miałam wrażenie, że główka dziecka się osuwa w dół. Nie bardzo mogłam się już ruszyć. Na szczęście przejeżdżała akurat karetka i kierowca zobaczył mnie wiszącą na Filipie. Zatrzymał się i zaproponował, że zawiezie mnie do szpitala. W pierwszej chwili pomyślałam, żenie, że dziękuję, że dojdę, ale potem postanowiłam przyjąć pomoc, bo nie bardzo mogłam już ruszać nogami. Chcę podkreślić, że bardzo szybko wyszłam ze szpitala. O 4.45 nad ranem weszliśmy tam, a o 5.27 urodził się nasz Einar. Filip obecny był przy porodzie i przez cały czas dzielnie mnie wspierał. Poród i ciążę wspominam jako magiczne doświadczenie – jedno z najpiękniejszych w moim życiu.
A co było potem? Jak się odnaleźliście w nowej sytuacji?
Ja jestem mamą w trampkach. Einar nie jeździ w wózku, noszę go w chuście. Nie przespał ani jednej nocy w łóżeczku, śpi ze mną. Nasza rodzinka to nie tylko nasza trójka. Jesteśmy też szczęśliwymi opiekunami psa Ariesa i kotki Jaśmin. Oboje adoptowaliśmy w Stanach i oczywiście przeprowadzają się wszędzie z nami. Mają teczki dokumentów, które były potrzebne, aby mogły się przemieszczać po świecie. Aries to pitbull-mix, który miał być uśpiony. Jaśmina została wyrzucona z samochodu w Chicago na drodze szybkiego ruchu. Miała wtedy tylko 6 tygodni. Przez całą ciążę zwierzęta mi towarzyszyły. Oboje śpią z nami w łóżku, a przez ciążę i pojawienie sie dziecka, wcale nie zostali zdegradowani. Dziś śpią w łóżku z dzieckiem. Einar uwielbia Ariesa i otrzymuje od niego buziaki. W wózku i łóżeczku śpi nasza kotka Jasmin i to jest jedyna funkcja tych przedmiotów. Traktuje Einara jako odrębnego człowieka, dla którego cały świat jest nowy, nieznany i fascynujący. Dlatego kiedy chce chlapać wodą w misce naszego psa Ariesa, zdejmuje mu skarpetki i pozwalam na to. Bo kto ma pomóc mu poznać i okiełznąć ten nowy świat, jeśli nie rodzice?
Bardzo szczęśliwą i pozytywną rodzinę tworzycie! Naprawdę tylko brać z Was przykład! Masz jakieś marzenia lub może przesłanie do czytelników?
Chciałabym wszystkim powiedzieć, że w weganizmie nie chodzi o człowieka, tylko o zwierzęta. Jedzenie bądź niejedzenie mięsa to nie jest wolny wybór człowieka. Wolny wybór kończy się w momencie, kiedy ktoś na tym cierpi. Zwierzęta nie są gorsze od ludzi i mają takie samo prawo do życia. Ja przeszłam najpierw na wegetarianizm, a później na weganizm, ale wynikało to tylko z mojej niewiedzy na temat eksploatacji krów w przemyśle mlecznym. Uważam, że weganizm nie krzywdzi zwierząt i dlatego jest lepszy od wegetarianizmu. Gdybym dziś miała podjąć decyzję, przeszłabym od razu na weganizm i gorąco wszystkich namawiam. Największym marzeniem jest, by nasz syn przez całe swoje życie był weganinem oraz obrońcą praw zwierząt. Aby to, co mu wpajamy od samego początku zostało z nim na całe życie. Poza tym czuję się kobietą spełnioną i mam dużo planów na przyszłość. Trzymajcie za nas kciuki.
Dziękuję za rozmowę.
Diana Dziworska



Podziel się informacją







